Wcześniej pojechałem na nową uczelnie wziąść zaświadczenie, że złożyłem dokumenty i trwa postępowanie rekrutacyjne. Pani w sekretariacie, zresztą bardzo miła powiedziała, że nie powinno być problemów i dostane odroczenie...
Wysupłałem z kieszeni ostanie 5zł i kupiłem dwa bilety. Dziwne uczucie jeździć na biletach, kiedy całe życie miałem miesięczny ulgowy. Cuż, nie jestem studentem nie ma żadnych ulg.
Chwiejnym krokiem, z duszą na ramienu pomaszerowałem [sic!] do WKU. Przywitała mnie nienaturalnie wypastowana podłoga i pani wydająca identyfikatory.
Zapakowałem ID do kieszeni i pobieżyłem pod wskazany numer pokoju.
Oczywiście, pani w pokoju była zajęta, więc poczekałem 15 minut aby dowiedzieć się, że mam się udać do innego pokoju.
Następny pokój wydawał się być dużo mniejszy za sprawą dużego podwójnego biurka. Pani zapytała w jakiej sprawie jestem, odpowiedziałem, że przyszedłem po odroczenie. Wzieła zaświadczenie, spojrzała na nie, coś zanotowała. Nastała chwila ciszy, poczym odpowiedziała: "Ale panu nic to nie daje". Umarłem w tej chwili. Jak to nic nie daje? pan się nie uczy teraz więc jest pan przeznaczony do odbycia służby. damn!
Szczęscie chciało, że nie dostałem karty powołania. W zamian dostałem skierowanie na badania "psychotechniczne". W tej chwili mogłem opuścić pokój i tak nic bym nie wywalczyl.
Pomyślałem, co mi szkodzi, i zacząłem zadawać pytania, każde poprzedzone długim namysłem. Tak zadając pytania, przyszedł pan wojskowy zainteresowany co tak długo ten "koleś" tam robi.
Zrobiło się nie miło :[ Pan wojskowy odgrażał się, że i tak odsłuże, moje argumenty, że:
- niedługo stanę się studentem
- mam słabe zdrowie
- nie chce iść do wojska
Skończyło się na bólu głowy.